Wielki pożar w Grocholicach w 1914 r., cz. II

groch2 groch 3

Zdjęcie z jesieni 1914r. przedstawiające spalone Zamoście ( w tle widać Grocholice ), dzisiaj jest to skrzyżowanie ul. Zamoście z ul. Wojska Polskiego i z Al. A. M. Ampera./ źródło „Grosser Bilder- Atlas Des Weltkrieges”, 8 Lieferung Polen, Monachium 1915, s. 314. Obok widok współeczesny tego samego miejsca.

Pożar zgodnie z tutejszym ustnym przekazem wybuchł w sobotę koło południa – 23 maja 1914 r. w zagrodzie Wagnerów (dzisiejsza posesja Malinowskich przy ul. Częstochowskiej). Pan Wagner był kołodziejem i to w jego warsztacie miały najpierw zapalić się trociny. Jednak gazeta „Rozwój” z 25 maja 1914 r. doniosła, że „ogień ukazał się u rzeźnika zamieszkałego w domu Przedborskiego”. Przedborski miał w tym czasie karczmę koło kościoła na dzisiejszym rogu ulicy Cichej z Rynkiem Grocholskim (dziś jest tam parking). Ogień szybko przeniósł się na dom mieszkalny, a potem na sąsiednie zabudowania. Silny wiatr wiejący z południa bardzo szybko przeniósł ogień w kierunku centrum i na ulice Piotrkowską i Ogrodową. Wiatr z łatwością przerzucał iskry i kawałki płonącej słomy na kolejne budynki. Z powodu wielkości pożaru, braku dostęp do wody (małej ilości studni) oraz w związku z gęstą drewnianą zabudową miasteczka nie było możliwości, aby w tym momencie zatrzymać ogień. Zanim gospodarze zbiegli się z pobliskich pól, już prawie całe osada płonęła. Obok odgłosów palących się budynków słychać było płacz, krzyk i lament ludzi ratujących swój dobytek. Ludzie stawiali w oknach krzyże, obrazki ze świętymi, licząc że to pomoże ocalić ich domy. Alicja Herudzińska słyszała (od swojej mamy Józefy Banaszkiewicz), że jej dziadek Ludwik Koprowski mieszkał w tym czasie na początku ul. Częstochowskiej przy rynku (tam gdzie dzisiaj mieszkają Wojna). Dziadek Pani Alicji w czasie ratowania dobytku przed ogniem został ciężko poparzony i trafił do szpitala. Jak słyszała z przekazu rodzinnego Józefa Kruszyńska w czasie tego pożaru zginęła jej babcia Anna Zwierzchlejska. Wynosiła rzeczy ze swojego palącego się domu i zawaliła się na nią paląca się belka z dachu.

Kolejno w płomieniach stanął budynek gminy, plebania (murowana wybudowana w 1874 r.), a następnie szkoła, która od 1870 r. znajdowała się w odrębnym budynku w pobliżu kościoła (wcześniej mieściła się w budynku gminnym). Ocalał kościół, który jak wcześniej wspominałem był murowany pokryty blachą. Ocaliła go odległość od zabudowań osady oraz wysokie drzewa rosnące wokół niego. Dalej spłonęła drewniana remiza strażacka zbudowana ze smołowych bali, na miejscu gdzie dziś znajduje się skwer naprzeciwko budynku OSP. W jej wnętrzu spłonęły drewniane beczki na wodę i inny sprzęt przeciwpożarowy.

Ogień przerzucił się za Rakówkę i spalił się młyn należący do Wiewiórowskich. Z drugiej strony Rakówki zaczęły się palić zabudowania wsi Zamoście. Za cmentarzem w Zamościu znajdowała się zarośnięta sadzawka. Bolesław Herudziński słyszał od swojego ojca Piotra Herudzińskiego, że mieszkańcy Zamościa próbowali zatrzymać ogień czerpiąc wodę z tej sadzawki. Nie udało się zatrzymać żywiołu. Ludzie już pogodzeni z losem swoich domów w pośpiechu wynosili swój dobytek. Na terenie Zamościa, którego zabudowa nie była tak gęsta jak w Grocholicach, można było zatrzymać ogień. W połowie Zamościa przy drodze między domami Szmitów a Pietrzyków (dzisiaj między domami Pilarczyków a Niemców) był mały staw. Józefa Chęcińska słyszała od swojego dziadka Józefa Cieślaka, że w czasie tego pożaru do palącego się Zamościa z pomocą przybyli strażacy ze Szczercowa. Rozstawili sikawkę konną przy w/w sadzawce i polewając najbliższe zabudowania zatrzymali ogień. Jak mogło wyglądać gaszenie? Najpierw strażacy musieli wyprzężyć konie i uzbroić sikawkę poprzez zamontowanie drążków na ramiona pompy. W następnej kolejności musieli zbudować linię ssawną od zbiornika z wodą do sikawki oraz linie gaśniczą. Ostatnią czynnością było wprowadzenie w ruch ręcznej pompy, tak aby siłą ciśnienia wody ugasić palący się pożar. Pożar w Grocholicach i w Zamościu oprócz OSP Szczerców gasiły też jednostki z Bełchatowa, Kamieńska i innych miejscowości.

Nowa Gazeta Łódzka” z 3 czerwca 1914 r. doniosła, że: „śród wielu pogorzelców, a głównie śród drobnych handlarzy i rzemieślników, którzy w ogniu stracili całe swoje mienie panuje wprost nędza. Ludzie dobrej woli czynią wszystko co mogą, aby tylko ulżyć doli tych nieszczęśliwych, ale nikt nie jest w stanie środkami doraźnymi usunąć tej biedy, w jaką pogrążył pożar już i tak biednych mieszkańców”.

W Grocholicach spłonęło 200 domów mieszkalnych (83 zagrody), plebania kościoła katolickiego, urząd gminy, synagoga (bożnica), szkoła i remiza strażacka. W ogniu zginęły: w podeszłym wieku mężczyzna, kobieta i dwoje dzieci. Ogólne straty wyniosły ok. 1 mln rubli. W pobliskim Zamościu spaliła się ponad połowa zabudowy wsi (ok. 30 domów mieszkalnych) oraz spłonął młyn naprzeciwko „Starego Cmentarza”. Duża część pogorzelców zajmowała się tkactwem chałupniczym i w czasie pożaru spaliły się też ich warsztaty z krosnami. Bronisława Sobaniec słyszała, że ogień w czasie tego majowego pożaru pochłonął drewniany dom jej dziadków (Tomasza i Józefy Kobendzów) oraz ich warsztat z krosnami i dużą ilością zrobionego z lnu płótna. Jak pisała gazeta „Rozwój” z 25.05.1914 r.: „tkacze zarobni, którzy wyrabiali towar dla Bełchatowa stracili całe swoje mienie. Wartość spalonego towaru stanowi ok. 30 tys rubli”. Żywioł zabił wiele zwierząt hodowlanych, przede wszystkim trzodę chlewną, kury kaczki itd. Jeżeli chodzi o krowy, owce to większość była na pastwiskach. Większa część pogorzelców straciła cały swój dobytek, wyszedłszy z katastrofy w jednym ubraniu i butach. W Grocholicach ocalało 12 domów (5 zagród włościańskich), w których pomieściła się tylko garstka pogorzelców. Większość musiała zamieszkać w ocalałych stodołach, szopach lub w pobliskich wioskach. Teresa Ciepłowska słyszała od swojej teściowej Ciepłowskiej z domu Zagórskiej, że ogień pochłonął ich dom mieszkalny ze sklepem rzeźniczym, a ocalała tylko ich stodoła w której potem przez jakiś czas spali inni pogorzelcy (jeden obok drugiego). Z ustnego przekazu wynika, że sam kościół też przez pewien czas był domem dla spalonych mieszkańców Grocholic.

Jak słyszał Witold Arabski z rodzinnego przekazu, w Grocholicach ocalały trzy drewniane domy: pierwszy na działce gdzie mieszkają Kępa naprzeciwko Szewczyków, drugi na rogu gdzie mieszkają też Kępa, a wcześniej mieszkali Woszczykowie, trzeci na placu gdzie mieszka Bugajski (wcześniej mieszkali Dobrowolscy i Matyśkiewicze). Stanisław Cieślak, słyszał, że żywioł ocalił domy na „Smugu” położonego na południe od centrum Grocholic. Uchroniły się także dwa długie drewniane domy Kępów i Kręzlów (dzisiaj ulica Częstochowska).

Od razu w Bełchatowie zorganizowano Komitet Pomocy dla Pogorzelców, który dostarczył zapasy artykułów spożywczych. W związku z tym straszliwym wydarzeniem Generał Gubernator Warszawski zezwolił na zbiórkę ofiar na rzecz pogorzelców w Guberni Piotrkowskiej na okres 6 miesięcy. Zbieraniem ofiar miał zająć się komitet złożony z miejscowego duchowieństwa oraz wybitnych obywateli. W tym czasie nie było obowiązkowego ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków budynków mieszkalnych i gospodarczych. Ze względu na panującą biedę ludzie nie kwapili się aby się ubezpieczać. Wybuch I Wojny Światowej utrudnił poważnie działalność w/w komitetu oraz pozbawił pogorzelców możliwości otrzymania tzw. fajerkasy czyli ubezpieczenia. W związku z tym ci biedniejsi musieli przez dłuższy czas mieszkać ziemiankach lub na komornym. Pogorzelcy, którzy spełniali pewne warunki (np. posiadali nie więcej niż jednego konia) dostawali darmo drzewo z lasów grocholskich. W lipcu 1914 r. kiedy jeszcze osada nie podniosła się po jednej tragedii, wybuchł ponownie pożar, który strawił i te ocalałe budynki z majowego pożaru (5 zagród ). Po całej wsi, liczącej z górą 100 rodzin, pozostały tylko ślady domostw w postaci sterczących kominów, mieszkańcy zaś, na których zbierają składki, znajdują się pod gołym niebem. W czasie działań wojennych 1914 r. osada ponownie przeżyła katastrofę. Wiele domów i odbudowanych budynków zostało uszkodzonych, a wręcz rozebranych na opał. Dochodziło też do sytuacji, że wojsko rekwirowało materiał zakupiony do odbudowy budynków.

 Wydaje się, że konsekwencją tego pożaru była decyzja o utworzeniu basenu strażackiego w rynku, oraz nakaz budowy stodół w Grocholicach tylko w jednym miejscu – na ulicy prowadzącej do nowego cmentarza (dawna ul. Cmentarna). Jak pamiętają najstarsi mieszkańcy Grocholic stodoły były już tam przed II wojną światową. Zbudowane były po jednej i drugiej stronie ulicy, jedna przy drugiej od ulicy Piotrkowskiej po cmentarz. Ślady tego pożaru pozostały w Grocholicach do dnia dzisiejszego. Na skrzyżowaniu ulicy Częstochowskiej z ulicą Radomszczańską stoi metalowy krzyż. Początkowo był to drewniany krzyż, który powstał jako dowód wdzięczności za uratowanie życia mieszkańcom Grocholic po pożarze. Krzyż ustawiono po I wojnie światowej, a w latach 70-tych wymieniono na metalowy. Jeszcze dzisiaj, po prawie 100 latach przy okazji remontów domów przy ulicy Piotrkowskiej i w Rynku Grocholskim, znajdowane są elementy więźby dachowej nadpalone w czasie wielkiego pożaru w maju 1914 r.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s