Kolej Warszawsko – Wiedeńska. Stacja Grocholice…

Niebawem minie 170 lat od zakończenia budowy linii kolejowej łączącej Warszawę z granicą ówczesnego zaboru austriackiego (Galicją). Cała trasa miała długość 327,6 km i posiadała 27 stacji… Stała się wówczas najdłuższą jednorazowo budowaną linią w Europie. Była to też pierwsza linia kolejowa na ziemiach Królestwa Polskiego, a zarazem druga w całym Imperium Rosyjskim. Projekty budowy „drogi żelaznej” z Warszawy do Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie przebiegała granica zaborów powstawały już od 1835 roku. Od początku najpoważniej brane były pod uwagę koncepcję znanych polskich inżynierów: Stanisława Wysockiego oraz Teodora Urbańskiego.

kolej warszawsko-wiedenska (1)

Ten pierwszy przedstawił trzy projekty przebiegu trasy, natomiast Urbański na zlecenie Henryka Łubieńskiego – inicjatora budowy linii kolejowej – przygotował konkurencyjny wariant. I tutaj zaczyna się ciekawa dla naszego regionu historia… otóż w pierwszym projekcie Wysockiego trasa przebiegać miała przez Grocholice. Jak widzimy omija Piotrków, gdyż w środkowym odcinku jest wysunięta bardziej na zachód, zahaczając o Tuszyn i… granice dzisiejszego Bełchatowa. Czy koncepcja ta miała szansę powodzenia? Jeżeli weźmiemy pod uwagę rozwój przemysłu włókienniczego w Łodzi to zapewne tak! Dlaczego trasa omija wchodzącą w wielkoprzemysłową erę Łódź? Dlaczego już wtedy stolica naszego województwa nie została skomunikowana z Warszawą i Cesarstwem Austriackim? Są to tak naprawdę początki wielkiej Łodzi,  jeszcze wtedy ważniejszym miastem był Piotrków. To tutaj zaborcy planowali utworzyć stolicę Guberni, i to tutaj miała być stolica administracyjna regionu. Dlaczego to takie ważne dla „bełchatowskiego” przebiegu trasy Kolej Warszawsko – Wiedeńskiej? Każdy wariant bliższy Łodzi zwiększał szanse przebiegu trasy przez Bełchatów (Grocholice), dalej w kierunku Częstochowy i granicy zaborów. Pierwszy projekt Stanisława Wysockiego najpoważniej brał pod uwagę „interes” łódzki. Chociaż w ostatecznym wariancie zdecydowano się na rozwiązanie kompromisowe, czyli przesunięcie trasy w kierunku zachodnim na Koluszki to jednak Piotrków cały czas był tym warunkiem sine qua non  przebiegu „drogi żelaznej” w centralnym odcinku. Koncepcja Teodora Urbańskiego w całości została pominięta.

Kolej Warszawsko – Wiedeńska wytyczona została przez Piotrków, Radomsko i Częstochowę, a Łódź zyskała połączenie kolejowe z Warszawą i Wiedniem w 1865 roku, kiedy to powstał „tylko” łącznik z Koluszek. Natomiast Grocholice nie były już uwzględniane w kolejnych wariantach Wysockiego…

ŁG

Powstanie Styczniowe w rejonie Bełchatowa, cz. II

Portal Historyczno-Wojskowy

Kosynierzy z okresu Powstania Styczniowego (grafika pobrana z Portalu Historyczno-Wojskowego)

„Partia” powstańcza Oxińskiego nie była jednak jedyną grupą, bijącą się w czasie styczniowej insurekcji na ziemi bełchatowskiej. W lipcu 1863 r. kilkudziesięcioosobowy oddział kosynierów (ok. 80 ludzi), zorganizowany i dowodzony przez pochodzącego z Brodni Marcina Urbańskiego, stoczył zwycięską potyczkę z liczniejszym oddziałem kozaków pomiędzy Nowym Światem a Domiechowicami. Mniej więcej w tym samym czasie major Aleksander Lüttich, naczelnik wojenny powiatu wieluńskiego, później szef sztabu Józefa Oxińskiego, a w dalekiej przyszłości zasłużony organizator służby weterynaryjnej w Galicji, na czele liczącego 60 konnych oddziału rozbił i rozproszył w Kaszewicach pół sotni kozaków. Jednak już dzień później, 4 lipca, w Chorzenicach kawalerzyści Lütticha zostali zaskoczeni przez sotnię kozacką porucznika Fiodorowa. Zginęło 6 powstańców, 10 zostało rannych, a sam major wydostał się z zasadzki z kilkoma jedynie ludźmi. Pod koniec lipca ten sam Lüttich raz jeszcze starł się z kozakami, tym razem w okolicy Wółki Łękawskiej. W starciu tym zginęło 6 powstańców (to właśnie ich groby znajdują się na cmentarzu w Grocholicach) i 13 Rosjan.

Warto wspomnieć jeszcze o formowanym począwszy od przełomu sierpnia i września 1863 r. w okolicach Kaszewic i Kluk pułku kosynierów i strzelców oraz 2 Pułku Jazdy, którego głównym punktem zbornym miały być Chabielice, zaś miejscem postoju dowództwa Kluki. Nad formowaniem nowych oddziałów, powstałych z rozkazu generała Edmunda Taczanowskiego, czuwał następca tegoż na stanowisku naczelnika wojennego województwa kaliskiego pułkownik Franciszek Kopernicki.  Ostatni akord walk powstańczych w rejonie Bełchatowa miał miejsce w początkach marca 1864 r., gdy świeżo powstający oddział Żubra został rozbity przez Rosjan pod Kuźnicą Kaszewską a ostatecznie w Kaszewicach. Wreszcie na koniec tego krótkiego szkicu koniecznie przypomnieć musimy nazwisko lokalnego watażki z Lip. Mowa o Jóżefie Turczynowiczu, o którego wyczynach opowiadano potem w okolicy legendy. Turczynowicz poległ 5 sierpnia 1863 r. w potyczce pod Depułtyczami w Lubelskiem.

Oprócz opracowań tak fundamentalnych jak „Powstanie styczniowe” Stefana Kieniewicza, polecamy lekturę opracowania bełchatowskiego historyka Łukasza Politańskiego pt. „Gdy Polacy – kosynierzy postawali rzędem. Powstanie styczniowe na terenie powiatu bełchatowskiego”. Bez tej pracy nie mógłby powstać niniejszy artykuł.

AK

Powstanie Styczniowe w rejonie Bełchatowa, cz. I

Pozegnanie_powstanca

Obraz „Pożegnanie powstańca” autorstwa Artura Grottgera.

W dniu 22 stycznia 1863 r. zaczęło się na ziemiach polskich kolejne narodowe powstanie, uznawane (słusznie chyba) za najbardziej romantyczne z polskich insurekcji, jednocześnie zaś za klamrę spinającą i wieńczącą – nie tylko zresztą w sensie czysto symbolicznym – pasjonujący okres naszych dziejów, w którym „rząd dusz” sprawowali wieszczowie. Zbrojny zryw przeciwko rosyjskiemu zaborcy ogłaszał pełny poetyckich odniesień Manifest, wzywający cały naród „na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa”.

Spory o sens powstańczego dzieła nie zostały i zapewne nigdy nie zostaną rozstrzygnięte. Zdaje się jednak, że nikt nie kwestionuje bohaterstwa tych, którzy w sytuacji zgoła beznadziejnej mieli odwagę uwierzyć w marzenia i mimo całego tragizmu swego położenia wytrwali do końca, zaświadczając o przedziwnej żywotności sprawy polskiej. Powstańczy epizody miały również miejsce na terenie dzisiejszego powiatu bełchatowskiego. Sam Bełchatów, niewielkie wówczas miasteczko liczące ok. 1,5 tys. mieszkańców (w większości Żydów), walki zbrojne ominęły, ale przez jego ulice lub przynajmniej w jego najbliższym sąsiedztwie nie raz maszerowały grupy powstańcze i ścigające je oddziały carskie. Miasto stało się swoistym zapleczem dla toczących się w okolicy walk, a wielce symboliczne było zerwanie z urzędu miejskiego rosyjskiego herbu z dwugłowym orłem carskim oraz podeptanie porteru cara Aleksandra II. Powstanie w rejonie Bełchatowa ogłosił pochodzący z Płocka młody inżynier, od wielu już miesięcy zaangażowany w ruch niepodległościowy, kapitan Józef Oxiński.

Sformowany przez Oxińskiego pod Sieradzem oddział, środków do reorganizacji nadwątlonych walką sił szukał m.in. w okolicach Bełchatowa i Szczercowa. Poważne wsparcie – w pieniądzach, koniach, broni, prochu, odzieży a także prowiancie – otrzymał od ówczesnych dziedziców Bełchatowa, rodziny Kaczkowskich, zresztą zaraz po dość przypadkowym a na pewno bardzo zabawnym spotkaniu powstańczego dowódcy z odurzonym alkoholem Edwardem Kaczkowskim. Pomoc ta zasługuje na tym większe podkreślenie, że w całym województwie kaliskim (a do tej jednostki administracyjnej należał wtedy Bełchatów) Oxiński nie mógł liczyć na poparcie miejscowej szlachty. Pomoc udzielona powstańcom w pewnym, choć chyba nie decydującym stopniu (ważniejsze były problemy finansowe bełchatowskich dziedziców oraz szersze względy gospodarcze rosyjskiego imperium) przyczyniła się do odebrania miasta Kaczkowskim w listopadzie 1866 r. Już 3 lata później Bełchatów utracił prawa miejskie i został zdegradowany, jak się okazało na z górą pół wieku, do rangi osady.

AK

CDN.

Ewangelicki cmentarz w Zelowie

mart 5Pomnik nagrobny Józefa Gąsiorowskiego (zdewastowany przez wandali w ostatnich latach).

Dla każdej cywilizacji, narodu i kultury ważnym miejscem jest cmentarz. Historia pozostawia po sobie mogiły, świadczące o po­bycie każdej wspólnoty w określonym miejscu i czasie. Na począt­ku 1803 roku do Zelowa zaczęli przybywać nowi właściciele osa­dy – Czesi. Nowi mieszkańcy swoje życie zaczynali w miejscu dzisiejszego rynku. Tam stało najwięcej zabudowań. Osadnicy za­częli się kwaterować w marnych pofolwarcznych chałupach. Bra­kowało wówczas wszystkiego, warunki były bardzo trudne. Śmierć bardzo często gościła w czeskich domostwach…

Koniecznością okazało się założenie miejsca pochówku. Pierw­szy cmentarz znajdował się prawdopodobnie w miejscu dzisiejsze­go parku im. Romualda Traugutta. Miejsce to jednak było bardzo podmokłe. Po kilku latach postanowiono przenieść cmentarz na plac, który został przeznaczony pod budowę kościoła.

Pierwszy pochówek w nowej lokalizacji odbył się 26 marca 1806 roku, a uroczystości pogrzebowe związane były ze śmiercią Jana Słamy. Do dzisiaj zachował się ostatni nagrobek, będący jed­nym z najstarszych nieruchomych zabytków zelowskiej historii. Na tablicy widnieje następujący napis:

Teofilia z Karczewskich, pierwszych ślubów Lipnickiej, drugich Radosz, urodzonej 15 Maya 1773. Przeniosła się do wieczności 14 Kwietnia 1844 r.

Inną pozostałością starego cmentarza jest żeliwny krzyż znajdu­jący się pomiędzy dwiema lipami. Legenda głosi, że pod nimi po­chowani są rodzice Ani Chmieliczkowej, porwanej przez napole­ońskiego żołnierza. Nie ma jednak na to żadnego potwierdzenia w źródłach ani rodzinnych przekazach.

Grzebanie zmarłych w pobliżu kościoła było bardzo częstą praktyką w całej rozbiorowej Polsce. Taka lokalizacja mogła mieć wpływ na wybuchy epidemii cholery, które nawiedzały Zelów. Naj­większe żniwo choroba zebrała w 1852 roku, gdy życie straciło wów­czas ok. 200 mieszkańców osady. Sprawujący w tym czasie urząd pa­stora ks. Jan Teodor Mozes zdecydował się na przeniesienie cmenta­rza na skraj Zelowa. Uroczyste poświęcenie nastąpiło w 1854 roku. Niektóre rodziny zdecydowały się na ekshumacje swych zmarłych i przeniesienie ich na nowy cmentarz. Pozostali do dziś znajdują się na wzniesieniu przed kościołem.

W zelowskim muzeum mieszczącym się na poddaszu ewangelic­kiej świątyni znaj­dują się znakomicie zachowane kartusze trumienne. Wbrew obiego­wej opi­nii nie pochodzą one z przykościelnego cmen­tarza. Wykonane zostały celowo jako kopie dodatkowe, które przechowywa­ne były w kościele. Do dzisiaj są to unikatowe zabytki ruchome uka­zujące XIX-wieczną historię zelowskich Czechów.

Zelowski cmentarz nie jest jedyną ewangelicką nekropolią w regio­nie. Kalwińskie miejsca pochówku znajdują się w Faustynowie, mieszane z luteranami w Bujnach Szlacheckich i Pożdżenicach, lute­rańskie w Pawłowie, Zabłotach. Natomiast cmentarz kalwiński z Ku­cowa uległ zniszczeniu w wyniku ekspansji bełchatowskiej odkrywki, a ekshumowane doczesne szczątki pochowanych tam osób spoczęły w Bełchatowie i część w Zelowie.

Cmentarz ewangelicki powszechnie zwany jest czeskim, lecz po­chowani tam również Polacy i Niemcy, kalwini, luteranie i bapty­ści. Jest to znakomite odzwierciedlenie mozaiki narodowościowej i wyznaniowej panującej w Zelowie od XIX w., a której cień pozostał do dzisiaj. Piotr Wróblewski w swej książce doliczył się 453 grobów, 222 w języku polskim, 216 w czeskim, 12 w niemieckim i 1 z ta­bliczką po angielsku. Znajdują się tu również mogiły żołnierzy nie­mieckich i rosyjskich, którzy zginęli w okolicach Zelowa podczas I wojny światowej.

Wśród pochowanych osób znajdują się nagrobki osób mocno za­służonych dla Zelowa. W bliżej nieokreślonym miejscu znajduje się grób pastora Mozesa, który prowadził czeski zbór przez blisko pół wieku. Pewną ciekawostką jest to, iż jego matką była Polką. Trudno­ści z odnalezieniem miejsca pochówku związane są z jego własną prośbą, aby grób był oznaczony jedynie drewnianym krzyżem i płytą. Po krzyżu nie ma śladu, podobnie jak po napisie na płycie.

Do innych znanych postaci należą, m.in.: ks. Hugo Teodor Sikora następ­ca Mozesa; Jan Bogumił Duszek, wójt Zelowa i Pożdżenic; Józef Gąsiorow­ski, naczelnik poczty w Zelowie, spo­łecznik; prof. dr Józef Jersak – geo­graf, geolog, założyciel stacji polarnej im. Arctowskiego (jego okazały dom niszczeje przy ul. Kościuszki).

Dla czeskiej społeczności Zelowa kościół i cmentarz elementami podkreślającymi ich odrębność kulturową jako członków pohusyckiej wspólnoty. Najważniejszym symbolem na czeskich mogiłach jest kielich będący nawiązaniem do przyjmowania komunii pod dwiema postaciami oraz starochrześcijańska palma – atrybut męczeństwa.

Spacer po cmentarzu, szczególnie po jego najstarszej części jest swoistą podróżą w czasie. Zmurszałe nagrobki, z ledwo czytelnymi napisami wyrytymi przeważnie w języku czeskim i datami, głównie XIX-wiecznymi. Panująca cisza, przerywana szumem licznych drzew oraz szelestem liści pod nogami, sprzyja refleksji nad minionymi dziejami. O wiele grobów nikt już nie dba, gdyż uległy zapomnieniu od kiedy ogromny exodus emigracyjny dotknął społeczność tej wielowyznaniowej osady po II wojnie światowej. Nad niektórymi grobami, skromny płomień oświetla nieczytelną tablicę, będącą jakby metaforą czeskiej historii w Zelowie. Nikły ogień potomków oświetlający zaginione dzieje swych przodków.

Wielki pożar w Grocholicach w 1914 r., cz. II

groch2 groch 3

Zdjęcie z jesieni 1914r. przedstawiające spalone Zamoście ( w tle widać Grocholice ), dzisiaj jest to skrzyżowanie ul. Zamoście z ul. Wojska Polskiego i z Al. A. M. Ampera./ źródło „Grosser Bilder- Atlas Des Weltkrieges”, 8 Lieferung Polen, Monachium 1915, s. 314. Obok widok współeczesny tego samego miejsca.

Pożar zgodnie z tutejszym ustnym przekazem wybuchł w sobotę koło południa – 23 maja 1914 r. w zagrodzie Wagnerów (dzisiejsza posesja Malinowskich przy ul. Częstochowskiej). Pan Wagner był kołodziejem i to w jego warsztacie miały najpierw zapalić się trociny. Jednak gazeta „Rozwój” z 25 maja 1914 r. doniosła, że „ogień ukazał się u rzeźnika zamieszkałego w domu Przedborskiego”. Przedborski miał w tym czasie karczmę koło kościoła na dzisiejszym rogu ulicy Cichej z Rynkiem Grocholskim (dziś jest tam parking). Ogień szybko przeniósł się na dom mieszkalny, a potem na sąsiednie zabudowania. Silny wiatr wiejący z południa bardzo szybko przeniósł ogień w kierunku centrum i na ulice Piotrkowską i Ogrodową. Wiatr z łatwością przerzucał iskry i kawałki płonącej słomy na kolejne budynki. Z powodu wielkości pożaru, braku dostęp do wody (małej ilości studni) oraz w związku z gęstą drewnianą zabudową miasteczka nie było możliwości, aby w tym momencie zatrzymać ogień. Zanim gospodarze zbiegli się z pobliskich pól, już prawie całe osada płonęła. Obok odgłosów palących się budynków słychać było płacz, krzyk i lament ludzi ratujących swój dobytek. Ludzie stawiali w oknach krzyże, obrazki ze świętymi, licząc że to pomoże ocalić ich domy. Alicja Herudzińska słyszała (od swojej mamy Józefy Banaszkiewicz), że jej dziadek Ludwik Koprowski mieszkał w tym czasie na początku ul. Częstochowskiej przy rynku (tam gdzie dzisiaj mieszkają Wojna). Dziadek Pani Alicji w czasie ratowania dobytku przed ogniem został ciężko poparzony i trafił do szpitala. Jak słyszała z przekazu rodzinnego Józefa Kruszyńska w czasie tego pożaru zginęła jej babcia Anna Zwierzchlejska. Wynosiła rzeczy ze swojego palącego się domu i zawaliła się na nią paląca się belka z dachu.

Kolejno w płomieniach stanął budynek gminy, plebania (murowana wybudowana w 1874 r.), a następnie szkoła, która od 1870 r. znajdowała się w odrębnym budynku w pobliżu kościoła (wcześniej mieściła się w budynku gminnym). Ocalał kościół, który jak wcześniej wspominałem był murowany pokryty blachą. Ocaliła go odległość od zabudowań osady oraz wysokie drzewa rosnące wokół niego. Dalej spłonęła drewniana remiza strażacka zbudowana ze smołowych bali, na miejscu gdzie dziś znajduje się skwer naprzeciwko budynku OSP. W jej wnętrzu spłonęły drewniane beczki na wodę i inny sprzęt przeciwpożarowy.

Ogień przerzucił się za Rakówkę i spalił się młyn należący do Wiewiórowskich. Z drugiej strony Rakówki zaczęły się palić zabudowania wsi Zamoście. Za cmentarzem w Zamościu znajdowała się zarośnięta sadzawka. Bolesław Herudziński słyszał od swojego ojca Piotra Herudzińskiego, że mieszkańcy Zamościa próbowali zatrzymać ogień czerpiąc wodę z tej sadzawki. Nie udało się zatrzymać żywiołu. Ludzie już pogodzeni z losem swoich domów w pośpiechu wynosili swój dobytek. Na terenie Zamościa, którego zabudowa nie była tak gęsta jak w Grocholicach, można było zatrzymać ogień. W połowie Zamościa przy drodze między domami Szmitów a Pietrzyków (dzisiaj między domami Pilarczyków a Niemców) był mały staw. Józefa Chęcińska słyszała od swojego dziadka Józefa Cieślaka, że w czasie tego pożaru do palącego się Zamościa z pomocą przybyli strażacy ze Szczercowa. Rozstawili sikawkę konną przy w/w sadzawce i polewając najbliższe zabudowania zatrzymali ogień. Jak mogło wyglądać gaszenie? Najpierw strażacy musieli wyprzężyć konie i uzbroić sikawkę poprzez zamontowanie drążków na ramiona pompy. W następnej kolejności musieli zbudować linię ssawną od zbiornika z wodą do sikawki oraz linie gaśniczą. Ostatnią czynnością było wprowadzenie w ruch ręcznej pompy, tak aby siłą ciśnienia wody ugasić palący się pożar. Pożar w Grocholicach i w Zamościu oprócz OSP Szczerców gasiły też jednostki z Bełchatowa, Kamieńska i innych miejscowości.

Nowa Gazeta Łódzka” z 3 czerwca 1914 r. doniosła, że: „śród wielu pogorzelców, a głównie śród drobnych handlarzy i rzemieślników, którzy w ogniu stracili całe swoje mienie panuje wprost nędza. Ludzie dobrej woli czynią wszystko co mogą, aby tylko ulżyć doli tych nieszczęśliwych, ale nikt nie jest w stanie środkami doraźnymi usunąć tej biedy, w jaką pogrążył pożar już i tak biednych mieszkańców”.

W Grocholicach spłonęło 200 domów mieszkalnych (83 zagrody), plebania kościoła katolickiego, urząd gminy, synagoga (bożnica), szkoła i remiza strażacka. W ogniu zginęły: w podeszłym wieku mężczyzna, kobieta i dwoje dzieci. Ogólne straty wyniosły ok. 1 mln rubli. W pobliskim Zamościu spaliła się ponad połowa zabudowy wsi (ok. 30 domów mieszkalnych) oraz spłonął młyn naprzeciwko „Starego Cmentarza”. Duża część pogorzelców zajmowała się tkactwem chałupniczym i w czasie pożaru spaliły się też ich warsztaty z krosnami. Bronisława Sobaniec słyszała, że ogień w czasie tego majowego pożaru pochłonął drewniany dom jej dziadków (Tomasza i Józefy Kobendzów) oraz ich warsztat z krosnami i dużą ilością zrobionego z lnu płótna. Jak pisała gazeta „Rozwój” z 25.05.1914 r.: „tkacze zarobni, którzy wyrabiali towar dla Bełchatowa stracili całe swoje mienie. Wartość spalonego towaru stanowi ok. 30 tys rubli”. Żywioł zabił wiele zwierząt hodowlanych, przede wszystkim trzodę chlewną, kury kaczki itd. Jeżeli chodzi o krowy, owce to większość była na pastwiskach. Większa część pogorzelców straciła cały swój dobytek, wyszedłszy z katastrofy w jednym ubraniu i butach. W Grocholicach ocalało 12 domów (5 zagród włościańskich), w których pomieściła się tylko garstka pogorzelców. Większość musiała zamieszkać w ocalałych stodołach, szopach lub w pobliskich wioskach. Teresa Ciepłowska słyszała od swojej teściowej Ciepłowskiej z domu Zagórskiej, że ogień pochłonął ich dom mieszkalny ze sklepem rzeźniczym, a ocalała tylko ich stodoła w której potem przez jakiś czas spali inni pogorzelcy (jeden obok drugiego). Z ustnego przekazu wynika, że sam kościół też przez pewien czas był domem dla spalonych mieszkańców Grocholic.

Jak słyszał Witold Arabski z rodzinnego przekazu, w Grocholicach ocalały trzy drewniane domy: pierwszy na działce gdzie mieszkają Kępa naprzeciwko Szewczyków, drugi na rogu gdzie mieszkają też Kępa, a wcześniej mieszkali Woszczykowie, trzeci na placu gdzie mieszka Bugajski (wcześniej mieszkali Dobrowolscy i Matyśkiewicze). Stanisław Cieślak, słyszał, że żywioł ocalił domy na „Smugu” położonego na południe od centrum Grocholic. Uchroniły się także dwa długie drewniane domy Kępów i Kręzlów (dzisiaj ulica Częstochowska).

Od razu w Bełchatowie zorganizowano Komitet Pomocy dla Pogorzelców, który dostarczył zapasy artykułów spożywczych. W związku z tym straszliwym wydarzeniem Generał Gubernator Warszawski zezwolił na zbiórkę ofiar na rzecz pogorzelców w Guberni Piotrkowskiej na okres 6 miesięcy. Zbieraniem ofiar miał zająć się komitet złożony z miejscowego duchowieństwa oraz wybitnych obywateli. W tym czasie nie było obowiązkowego ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków budynków mieszkalnych i gospodarczych. Ze względu na panującą biedę ludzie nie kwapili się aby się ubezpieczać. Wybuch I Wojny Światowej utrudnił poważnie działalność w/w komitetu oraz pozbawił pogorzelców możliwości otrzymania tzw. fajerkasy czyli ubezpieczenia. W związku z tym ci biedniejsi musieli przez dłuższy czas mieszkać ziemiankach lub na komornym. Pogorzelcy, którzy spełniali pewne warunki (np. posiadali nie więcej niż jednego konia) dostawali darmo drzewo z lasów grocholskich. W lipcu 1914 r. kiedy jeszcze osada nie podniosła się po jednej tragedii, wybuchł ponownie pożar, który strawił i te ocalałe budynki z majowego pożaru (5 zagród ). Po całej wsi, liczącej z górą 100 rodzin, pozostały tylko ślady domostw w postaci sterczących kominów, mieszkańcy zaś, na których zbierają składki, znajdują się pod gołym niebem. W czasie działań wojennych 1914 r. osada ponownie przeżyła katastrofę. Wiele domów i odbudowanych budynków zostało uszkodzonych, a wręcz rozebranych na opał. Dochodziło też do sytuacji, że wojsko rekwirowało materiał zakupiony do odbudowy budynków.

 Wydaje się, że konsekwencją tego pożaru była decyzja o utworzeniu basenu strażackiego w rynku, oraz nakaz budowy stodół w Grocholicach tylko w jednym miejscu – na ulicy prowadzącej do nowego cmentarza (dawna ul. Cmentarna). Jak pamiętają najstarsi mieszkańcy Grocholic stodoły były już tam przed II wojną światową. Zbudowane były po jednej i drugiej stronie ulicy, jedna przy drugiej od ulicy Piotrkowskiej po cmentarz. Ślady tego pożaru pozostały w Grocholicach do dnia dzisiejszego. Na skrzyżowaniu ulicy Częstochowskiej z ulicą Radomszczańską stoi metalowy krzyż. Początkowo był to drewniany krzyż, który powstał jako dowód wdzięczności za uratowanie życia mieszkańcom Grocholic po pożarze. Krzyż ustawiono po I wojnie światowej, a w latach 70-tych wymieniono na metalowy. Jeszcze dzisiaj, po prawie 100 latach przy okazji remontów domów przy ulicy Piotrkowskiej i w Rynku Grocholskim, znajdowane są elementy więźby dachowej nadpalone w czasie wielkiego pożaru w maju 1914 r.

Wielki pożar w Grocholicach w 1914 r., cz. I

groch

Fragment mapy z 1909 roku – okolice Bełchatowa i Grocholic/ źródło Uebersichtskarte von Mitteleuropa 1909.

W ostatnich latach XIX wieku aż do wybuchu I wojny światowej miejscowość pod względem społeczno-gospodarczym zachowała swój charakter osady miejsko-rzemieślniczo-rolniczej. Jeden z największych pożarów w historii Grocholic wybuchł 23 maja 1914 roku. Jak miejscowość wyglądała przededniu tego pożaru? Grocholice do dnia dzisiejszego zachowały swój dawny miasteczkowy układ urbanistyczny. Oparty on jest na regularnej szachownicy ulic, łączących się bezpośrednio z prostokątnym rynkiem. Na którym w centralnej części znajduje się kościół (orientowany na planie krzyża w stylu gotyckim). Plan centrum Grocholic tworzył „jeden z najbardziej harmonijnych nowożytnych układów małomiasteczkowych w Polsce z podziałem na bloki mieszkalne i oddzielone od nich uliczkami gospodarczymi – bloki przeznaczone na stodoły i ogrody”. W 1860r. burmistrz grocholicki Frank napisał, że domów mieszkalnych murowanych jest 8, drewnianych 162 i mieszka 1860 osób. Według danych z 1899r. osada miała kilkanaście domów murowanych. Jednak i tak na początku XX wieku nadal podstawową zabudowę Grocholic stanowiły drewniane budynki. Z ponad 200 budynków tylko kilkadziesiąt było murowanych lub murowano-drewnianych, które głównie znajdowały się w rynku. Dachy w zdecydowanej większości były pokryte słomą. Tylko niektóre były pokryte gontem lub dachówką. Kościół w rynku przed przebudową pokryty był gontem, a po przebudowie z lat 1897- 1910 wieże zostały pokryte blachą cynkową a nawa główna i kaplice blachą żelazną pomalowaną na kolor cynkowy. Osada zachowała swój rolniczy charakter, dlatego prawie wszyscy mieszkańcy przy swoich domach posiadali zabudowania gospodarcze, stajnie, stodoły, co wielokrotnie zwiększało zagrożenie pożarowe. Łatwopalny materiał, z którego były zbudowane budynki oraz gęsta zabudowa na typowych małych, miejskich działkach sprzyjała powstawaniu groźnych pożarów.

W Grocholicach w tym czasie nie było jeszcze zorganizowanej jednostki strażackiej. Trudno jest określić moment powstania pierwszej niezorganizowanej grupy walczącej z ogniem. Nie ulega wątpliwości, że taka grupa powstała gdy Grocholice posiadały status miasta. Potwierdzeniem tego jest zdarzenie z 3 maja 1842 r., gdy w Bełchatowie wybuchł pożar i pochłonął prawie ¼ zabudowy miasta. Bełchatów wtedy nie posiadał studni ani sprawnego sprzętu do gaszenia. Pożar ugaszono dzięki szybkiej i sprawnej pomocy strażaków ochotników z Grocholic pod przewodnictwem burmistrza Długoszewskiego. Na terenach miejskich albo wiejskich za ochronę przeciwpożarową, koordynowanie walki z ogniem

odpowiedzialne były władze miejskie lub wiejskie z burmistrzem lub wójtem na czele. Ze składek miejskich czy gminnych kupowano skromny ale bardzo potrzebny sprzęt strażacki. Władze miały pilnować, aby przestrzegano zakazów przeciwpożarowych. Powoływano nocne dyżury tzw. szarwachy. Dyżurujący mieli strzec porządku, a w razie pożaru alarmować mieszkańców. Główny ciężar walki z pożarem spoczywał jednak na wszystkich mieszkańcach. W późniejszym okresie ratownictwo ogniowe w mieście mogły wspierać grocholickie cechy rzemieślnicze (cech kowalski i szewski założone w 1821 r., garncarski i kołodziejski w 1830 r. i tkacki w 1842 r.). Tak więc w 1914 r. w Grocholicach istniała tylko „obrona obywatelska od ognia”, a zorganizowana jednostka ochotniczej straży pożarnej powstała 10 grudnia 1918 r., według innego źródła w grudniu 1921 r.

W przededniu wybuchu I wojny światowej wśród rolników panował duży niepokój, gdyż okres ten był bardzo upalny i suchy. Gazeta „Rozwój” z 30 maja 1914 r. informowała, że: „przez szereg dni w drugiej połowie maja mieliśmy upały dochodzące do prawie 27° Celsjusza”. W Grocholicach rozpoczęły się sianokosy, a oprócz tego było ciągle dużo pracy w polu. Nikt nie był przygotowany na piekło jakie wówczas wybuchło w osadzie.

 

Rzeź Nankinu – recenzja książki Iris Chang

rzez-nankinu-b-iext20267987

Iris Chang, Rzeź Nankinu, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2013, ss. 333.

Całkiem niedawno na jednym ze stoisk książkowych, omijanych przez ludzi szerokim łukiem w marketach, wyłowiłem taką oto perełkę. Rzeź Nankinu. Nankin. Gdzieś na studiach, przypadkiem przeminęła się ta nazwa. Jedyne skojarzenie jakie zapamiętałem z nazwą tego miasta to było wymordowanie przez Japończyków połowy jego mieszkańców. Nie znałem szczegółów, bo moje zainteresowanie skierowało się na historię nieco nam bliższą. Teraz, po przeczytaniu tej książki żałuję, że nie zainteresowałem się tą tematyką bardziej.

Autorką Rzezi Nankinu jest Iris Chang, urodzona w 1968 r. amerykańska dziennikarka i historyczka. Jej dziadkowie byli Chińczykami, którzy przeżyli japońską inwazję i widzieli naocznie masakrę nankińską. Iris wydała swoją książkę w 1997 r. Siedem lat później doznała ciężkiego załamania nerwowego i popełniła samobójstwo. Nie wiadomo jaka była przyczyna. Nie można wykluczyć, że widziała za dużo bestialstwa.

Od 1928 r. Nankin był stolicą Chin narodowych pod rządami Czang Kaj-szeka. Japońska armia, dobrze wyszkolona, uzbrojona i zdyscyplinowana sprowokowała wojnę z Chinami i dokonała inwazji na jej terytorium. Pierwszy celem był Szanghaj, uparcie broniony do listopada 1937 r. Następnie Japończycy poszli na Nankin. Po kilku dniach walk chińskie dowództwo opuściło miasto co spowodowało demoralizację żołnierzy walczących o Nankin, które ostatecznie padło 13 grudnia 1937 r. To co później nastąpiło autorka określa w dwóch słowach – Gwałt Nankiński.

Pierwszymi ofiarami byli chińscy jeńcy wojenni. Wywożono ich za miasto, ze związanymi oczami, a następnie byli rozstrzeliwani:

„Odgłosy broni palnej mieszały się z rozpaczliwymi jękami i krzykami. Przez godzinę Chińczycy desperacko walczyli o życie […] Od wieczora do świtu Japończycy kłuli ciała bagnetami, jedno po drugim”.

Okrutny los spotykał chińskie kobiety, które były wielokrotnie gwałcone, torturowane, zabijane mieczami i bagnetami. Rząd japoński ukuł określenie „kobiety pocieszycielki”, porywane i niewolone w nieludzkich warunkach, wykorzystywane seksualnie. Japońscy oficerowie urządzali zawody, kto zabije największą ilość jeńców ścinając głowy. Wygrał podporucznik Mukai z liczbą 106 głów.  Przerażające obrazy. W książce znajdują się fotografie dokumentujące te zbrodnie. Autorka nie tylko opisuje bestialstwa japońskiej armii, ale stara się zrozumieć ich psychikę. Słusznie zauważa, że tak nieludzkie traktowanie jest skutkiem wieloletniej indoktrynacji we własnym kraju w kulcie cesarza i narodu. Żołnierz japoński, mówiąc kolokwialnie, wyprany był ze wszelkich ludzkich uczuć. To samo robili w Europie naziści i Sowieci. Bardzo łatwo jest ukształtować człowieka nienawiści, gdy daje się na to społeczne pozwolenie.

Iris Chang nie skupia się tylko na historycznej rzezi, ale odwołuje się również do współczesności. Do dziś skaza pomiędzy Chinami i Japonia jest widoczna. Rząd Japonii nie wystosował do tej pory przeprosin w stronę Pekinu za okrucieństwa swojej armii z czasów II wojny światowej. Co więcej, dzieci japońskie uczone są w duchu patriotycznym, książki są cenzurowane, nikt głośno nie mówi o Gwałcie Nankińskim. I to wszystko dzieje się w XXI wieku, w czasach gdy to Chiny zbroją swoją armię. Wydaje się, że tylko parasol ochronny Stanów Zjednoczonych chroni Japonię przed srogą zemstą za Nankin.

Polecam książkę, warto poświęcić na nią kilka wieczorów. Autorka poświęciła swoje zdrowie psychiczne docierając do dokumentów, zdjęć, relacji ocalałych osób z Nankinu. W Japonii już dzieje się proces, który niedługo może dotknąć cały świat – wymazywanie pamięci historycznej. Dzięki lekturze Rzezi Nankinu, długo nie zapomnicie o tym wydarzeniu.